Aktualności Nauka
a wybory
Z Kancelarii
Prezydenta
Do Sygnatariuszy 50% petycja Polska się cofa Linki O nas
Ankieta 50% koszty uzyskania Geniusze Napisz do nas

Wysyp geniuszy


Informatyka

Jak to się dzieje, że w Polsce mimo nikłej tradycji informatycznej mamy tylu niebywale zdolnych młodych informatyków? Tego nie da się wytłumaczyć działaniem czystego przypadku.

BOGDAN MIŚ Polityka 15(2005)


Mistrzowie świata w 2003 r. Od lewej: Andrzej Gąsienica-Samek, prof. Jan Madey (opiekun), Tomasz Czajka i Krzysztof Onak z Uniwersytetu Warszawskiego (fot. L. Zych)
Kiedy kilka lat temu polscy programiści zwyciężyli w jednym z międzynarodowych konkursów, nie wzbudziło to większej sensacji. Ot, kolejne studenckie zawody - można było pomyśleć - i akurat w Polsce znalazł się jakiś utalentowany chłopak. Gdy raz po razie systematycznie Polacy zwyciężali - sprawa nabrała rozgłosu. Lutowy sukces Tomasza Czajki w prestiżowych zawodach programistów TopCoder - dzięki któremu Uniwersytet Warszawski wyszedł na pierwsze miejsce w światowym rankingu uczelni kształcących informatyków - to już była jednak sensacja i hit dla wszystkich polskich mediów.

Przypomnijmy, co to jest ów TopCoder i dlaczego ten konkurs jest tak ważny. Otóż zawody te, współorganizowane przez najpoważniejsze firmy informatyczne, mają zasięg światowy, charakter zaś - ciągły. Uczestnicy jednocześnie raz w tygodniu zasiadają do podłączonych do Internetu komputerów, by rozwiązywać niebywale trudne zadania (warto odnotować, że Polacy przystępują do walki z konieczności nocą, bo konkurs rozpoczyna się o drugiej nad ranem naszego czasu). Na podstawie wyników tych spotkań prowadzi się dwa rankingi - indywidualny oraz uczelniany. Ogólnodostępny sieciowy turniej trwa rok i kończy się spotkaniem 24 najlepszych "w realu", czyli na żywo.

Wyniki ostatniego takiego spotkania (marcowego) w kalifornijskim mieście Santa Clara nie trafiły już na łamy naszej prasy; a niesłusznie. Wprawdzie tych zawodów Tomek Czajka nie wygrał (był "tylko" drugi, ale w swej karierze wygrywał już TopCodera trzykrotnie!), wprawdzie czołowe miejsce i wysoką nagrodę finansową zgarnął Holender Mathijs Vogelzang z uniwersytetu w Groningen - ale wśród finałowych 24 najlepszych na świecie programistów znalazło się oprócz Tomka jeszcze trzech Polaków: Tomasz Idziaszek, Eryk Kopczyński i Marcin Michalski. Wyprzedziły nas pod tym względem jedynie Stany Zjednoczone (sześciu finalistów), zaś nasz wynik wyrównali Niemcy. Holendrzy mieli trzech reprezentantów, Słowacy - dwóch, zaś Australijczycy, Chińczycy, Chorwaci, Kanadyjczycy i Norwegowie - po jednym.

Po zawodach finałowych w światowym rankingu TopCoder na krótko objął prowadzenie kryjący się za "nickiem" SnapDragon programista z Kanady, ale po dwóch kolejnych rundach już go wyprzedził Tomek Czajka. Piąty w momencie pisania tego tekstu jest Eryk Kopczyński. Wśród 50 najlepszych są jeszcze czterej Polacy.

Ciekawie wygląda klasyfikacja drużynowa: prowadzą Stany Zjednoczone, Polska jest druga, Kanada trzecia. Kolejne miejsca zajmują Chiny i Niemcy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że na sukces Amerykanów pracuje aż 972 zawodników, zaś Polaków uczestniczy w TopCoderze "tylko" 139; piszę "tylko", bowiem pod tym względem wyprzedzają nas jeszcze jedynie Indie (355) i Kanada (153). Tak więc mimo "przegrania" tegorocznego finału w Santa Clara jesteśmy potęgą informatyczną i mamy bardzo liczną grupę niezwykle uzdolnionej i świetnie wykształconej młodzieży.

A przecież TopCoder to nie wszystko - równie znaczące sukcesy odnosimy w drugim wielkim międzynarodowym konkursie dla studentów, w Zespołowych Mistrzostwach Świata w Programowaniu. W tym roku odbyły się one w dniach 3-6 kwietnia, w Szanghaju. Uczestniczyło 78 ekip wyłonionych spośród 4109, które na całym świecie przystąpiły do rywalizacji. Zwyciężyła drużyna Uniwersytetu Iiaotong z Szanghaju, zespół Uniwersytetu Wrocławskiego zdobył srebrny medal (jeden z czterech - zajął 5 miejsce) a Uniwersytetu Warszawskiego (tym razem bez Czajki) - 17. Dwa lata temu nasz zespół z Uniwersytetu Warszawskiego nie dał najmniejszych szans rywalom z 70 innych uczelni. W ubiegłym roku zajęliśmy 10 miejsce, trzy lata temu - 11, przed czterema - 6.

Jak to się dzieje, że w kraju o dość nikłej tradycji informatycznej (przypomnijmy: w latach sześćdziesiątych w związku z zachodnim embargiem na zaawansowane technologie mówiliśmy wręcz o naszym kilkunastoletnim zacofaniu, co w tej dziedzinie oznaczało epokę!) pojawia się nagle tak masowo tak niebywale zdolna i tyle umiejąca młodzież? Znającym nieco historię nauki polskiej wręcz musi nasunąć się skojarzenie z wydarzeniami sprzed lat niemal dziewięćdziesięciu, czyli z powstaniem tak zwanej Polskiej Szkoły Matematycznej. Mieliśmy wówczas do czynienia z sytuacją analogiczną: przy niemal zupełnym braku tradycji naukowych w tej dyscyplinie wystąpiła trudna do wytłumaczenia eksplozja talentów - Banach, Sierpiński, Kuratowski, Janiszewski, Mazur, Steinhaus, Schauder, Borsuk... Cała plejada w jednym czasie i miejscu.

Oczywiście nie chodziło tu o żadne "polskie predyspozycje genetyczne" do matematyki; nic takiego nie istnieje. Zdecydowała przemyślana organizacja, bezinteresowna pracowitość i wola kilku jednostek. Wybrano wąskie dziedziny z szansami na szybkie sukcesy, powołano czasopismo o światowej renomie, zorganizowano dostęp do literatury; nade wszystko zaś stworzono zaczyn atmosfery kolektywnej koleżeńskiej pracy. Zlikwidowano - naturalny zdałoby się - dystans profesor-student, życie towarzyskie zlało się w jedno z pracą. I lawina ruszyła.

Bardzo podobnie rzeczy się mają obecnie w naszej informatyce. Działa coraz lepiej niezwykle spójny system. Jego podstawą jest masowa Olimpiada Informatyczna dla uczniów szkół średnich; towarzyszy jej Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna (od 1989 r.), Olimpiada Informatyczna Europy Środkowej (od 1999 r. ) i Bałtycka Olimpiada Informatyczna (od 2001 r.). Dzięki takiemu "umiędzynarodowieniu sprawy" laureaci zawodów krajowych mają przed sobą dalsze atrakcyjne wyzwania; w efekcie trafiają na uczelnie otrzaskani z atmosferą współzawodnictwa i pełni dumy z własnych osiągnięć. Na uczelni wpadają natychmiast w tryby kolejnego dobrze pomyślanego mechanizmu: czekają na nich koła naukowe, szkoleniowo-twórcze obozy wakacyjne, Akademickie Mistrzostwa Polski w programowaniu zespołowym, wspomniane wyżej TopCoder i Zespołowe Mistrzostwa Świata oraz kilkanaście (!) innych konkursów i podobnych imprez o zasięgu krajowym, europejskim i światowym. Wszystko układa się w spójny ciąg. Nie sposób się nudzić!

Ów system konkursów to nie wszystko. Szalenie ważne jest to, że w naturalny (oczywiście umiejętnie sterowany) sposób zwycięzcy olimpiad już jako studenci nie tracą "kontaktu z podłożem", lecz są programowo natychmiast włączani w intensywną pracę z młodszymi kolegami. Nie tylko opiekują się nimi, nie tylko pomagają w technicznej organizacji konkursów, ale na przykład napisali oprogramowanie, które samoczynnie sprawdza nadsyłane przez olimpijczyków rozwiązania zadań konkursowych i bez udziału człowieka prowadzi wszelkie statystyki, rankingi i bazy danych (oprogramowanie to wzbudziło duże zainteresowanie i robi karierę międzynarodową; dzięki niemu rosnąca liczba uczestników konkursu nie stanowi już żadnego problemu).

Powstaje zatem w ten sposób bardzo silna więź międzypokoleniowa oparta na koleżeństwie; z natury rzeczy przekształca się ona w związki towarzyskie i przyjacielskie. Zupełnie tak samo jak w Polskiej Szkole Matematycznej, po imieniu z profesorami są nawet studenci pierwszego roku. Uczniowie zawsze mają dostęp do swoich mistrzów - sam byłem świadkiem, jak młodzi ludzie przychodzili w warszawskim Instytucie Informatyki UW do gabinetu prof. Krzysztofa Diksa, by bezpośrednio podzielić się z nim jakimś trudnym problemem czy pochwalić rozwiązaniem innego; bez żadnego "umawiania przez sekretariat" czy przestrzegania jakichś "godzin dyżurów dydaktycznych".

Prof. Diks (w dżinsach i swetrze, mało pasujący do stereotypu profesora wyższej uczelni) jest jednym z dwóch uczonych, którzy znaczną część swego życia osobistego i naukowego poświęcili kształceniu i prowadzeniu "stajni geniuszy". Ten autor kilkudziesięciu wielokrotnie cytowanych w literaturze światowej rozpraw powiedział mi, że prowadzenie obozów naukowych dla uczniów i studentów oraz organizacja olimpiad i konkursów to dla niego pasja życiowa - i zajęcie dające satysfakcję intelektualną porównywalną z odkrywaniem praw nauki; a może nawet większą, bo "w końcu napisać kilka czy nawet kilkanaście względnie dobrych artykułów rocznie to nie jest aż tak trudne".

Jeździ więc ze swoimi studentami po Polsce i świecie, jest ich trenerem, nauczycielem i kumplem. Nie liczy godzin, nie bierze za to żadnego dodatkowego wynagrodzenia; a na marginesie: nie prowadzi też żadnych zajęć w żadnej prywatnej uczelni. Pytany o fenomen polskiego systemu kształcenia informatyków prosi, by podkreślić jako bardzo ważny fakt, że Polska - głównie dzięki działalności Wydawnictw Naukowo-Technicznych - jest krajem, w którym na bieżąco dostępna jest najwybitniejsza i najświeższa literatura przedmiotu.

Drugi taki jak Diks to prof. Jan Madey, matematyk, długoletni prorektor Uniwersytetu Warszawskiego. O ile Diks zajmuje się stroną dydaktyczno-wychowawczą przygotowywania młodzieży, o tyle Madey jest nieoceniony organizacyjnie: potrafi załatwić wszystko, mówią studenci. Jeśli nie dzięki swoim rozległym kontaktom, to gdy trzeba... osobiście siadając za kierownicą mikrobusu, który potrafi za własne pieniądze wynająć w USA, by drużynę przewieźć po Stanach. - Bo nie może być tak - mówi Madey - by oni się zajmowali tylko programowaniem; trzeba przecież dbać o wszechstronność ich rozwoju.

Niektórzy jednak krzywią się na to wszystko. Z ust pewnego uczonego, który woli w tym tekście wystąpić anonimowo, usłyszałem: - Po co tyle wysiłku, skoro i tak tych młodych zaraz kupią zagraniczne koncerny i Polska nic z nich nie będzie miała. Otóż - to po kilkakroć nieprawda. Po pierwsze, oni wcale nie gonią za luksusem i nie marzą ani o własnych firmach, ani gabinetach z sekretarkami; w każdym razie znaczna większość. Kilku już odrzuciło intratne oferty, na pierwszym miejscu stawiając rozwój naukowy. Po drugie, Polska nic nie straci, jeśli niektórzy zostaną profesorami na przykład w USA; wręcz przeciwnie, zyskamy w ten sposób bezcenne kontakty ( propos: jeden z triumfatorów konkursów z poprzednich lat, który obecnie prowadzi badania w Pekinie, podejmował w tym roku naszą ekipę w drodze do Szanghaju, by młodym kolegom pokazać Wielki Mur, Zakazane Miasto i poczęstować ich... kaczką po pekińsku) i dostęp do najlepszych ośrodków. Po trzecie, niektóre polskie firmy też rozumieją "w co się gra" i potrafią zaoferować młodym talentom warunki materialne nie gorsze niż w USA, nie namawiając ich zresztą wcale do działalności czysto biznesowej; przykład: ComArch zatrudnił Gąsienicę-Samka jako dyrektora badawczego, tworząc mu wspaniałe warunki rozwoju naukowego.

W tym wszystkim uderza nieprzyjemnie tylko to: jedyną instytucją, która nie wykazała dotychczas najmniejszego zainteresowania osiągnięciami polskiej młodzieży informatycznej, jest... Ministerstwo Nauki i Informatyzacji. Podkreślam: Informatyzacji... No i zjawisko powszechne dziś w całym polskim państwowym szkolnictwie wyższym: nie ma pieniędzy na zatrudnianie asystentów i starszych asystentów. Na studia doktoranckie granty się znajdą; ale doktorantów z natury rzeczy musi być mniej niż kandydatów na asystentów, są oni również dydaktycznie mniej wydajni, bowiem muszą przede wszystkim myśleć o zrobieniu stopnia naukowego. Wydaje mi się, że to niebezpieczne zjawisko; ale także i temat na zupełnie inne rozważania.




Dodaj swoją opinię:

Podpis:
E-adres:



OPINIE CZYTELNIKÓW O POWYŻSZYM ARTYKULE:

Uaktualnijcie! W tym roku na odmianę krakowski zespół zdobył drugie miejsce! Anna Rębowska, 02-05-2006 15:11:18

Gratulacje zdolnych studentów - programistów. Ja osobiście współpracuję ze studentami informatyki na Uniwersytecie Szczecińskim w budowaniu interaktywnej strony kształcenia obronnego, chłopaki mają super pomysły i wiekszość z nich realizujemy już w tym roku. ps. a MON nie wykorzystuje potencjału tak zdolnych ludzi, a szkoda. Przysłośc to nowy rodzaj wojsk - wojska informacyjne- do obrony i walki elaktronicznej. Mariusz Sikora, 04-05-2006 01:37:35

Takze ciesze sie z sukcesow mlodych ludzi(Zly to nauczyciel, ktorego nie przerosna uczniowie). Tym bardziej mnie martwi, ze w wielu instytutach nie zatrudnia sie asystentow. Jest nawet tendencja do likwidowania tego stanowiska. Wszystko w imie niby dobrego celu; aby kadra profesorska mogla wybierac lepszych, wybieraja nawet Ci , ktorzy sami juz nic nie robia ( a lepsze jest wrogiem dbrego). A przeciez mlodzi zdolni ludzie czesto nie maja pomocy materialnej od rodziny. Danuta Lewndowska, 11-05-2006 09:43:07